Jeszcze więcej atrakcji zimowych
Samochód odpalał od razu ale szybko gasł, za kolejnym razem pracował pare sekund dłużej, az udało się go przekonać do wyjazdu. Pojechałem do Grabowca, załatwiliśmy zakupy i odebraliśmy paczki. Wsiedliśmy do samochodu, kluczyk i cisza. Niemożliwe, przecież kilka minut temu nim jeździliśmy. Jeszcze jedna próba i jeszcze jedna. Trzeba się było skonfrontować z rzeczywistością, nie pojedziemy. Wracaliśmy piechotą, objuczeni zakupami i paczkami. Poszliśmy skrótem, ale to nie okazało się lepszym wyjściem. Ścieżka była krzywa i bardzo śliska, kilka razy się poślizgnąłem, aż w końcu zaliczyłem glebę.
jestem źle przygotowany do zimy, nie mam przewodów do rozruchu, nie mam busters, prostownika (ten został w Warszawie i pewnie akumulator do wymiany. Sprawdziłem ile zakup tych rzeczy by kosztował, tak 1100-1800 zł, no dużo jak na emeryta. Idę do sąsiada. Zgadza się pojechać ze mną do mego samochodu, bierze kable i akumulator od ciągnika, ma też prostownik. Mój akumulator padł całkiem, juz nie udało się otworzyć samochodu elektronicznie, ale to nie było potrzebne, bo stał całkiem otwarty. Otworzyłem maskę, a tam na silniku leży kromka suchego chleba!. Tu podejrzana jest kuna, bowiem pocięta jest też osłona silnika. Podłączenie do akumulatora zewnętrznego nic nie dało, nawet kontrolki się słabo zaświeciły. Decyzja, wyciągamy akumulator do ładowania. O zachodzie słońca zawozimy i samochód odpala od pierwszego strzału. Ale nie koniec przygód samochodowych. Ruszyłem, w tym momencie zaczyna padać deszcz. Pierwsze krople zgarnęły wycieraczki, ale następne zamarzały, a moja szyba stała się całkowicie matową, nie widziałem nic. Powinienem się zatrzymać ale... byłem na pół kilometrowym podjeździe, prowadzonym na nasypie. Ruch tu mamy minimalny i na tym odcinku nie będzie pieszych, to plusy. Minusy, że bałem się, że za chwile, tak jak zamarza na szybie, zamarznie i na drodze, bałem się, że ktoś za mna moze jechać i tez mieć problem z widocznością. Włączyłem elektryczne podgrzewanie szyby oraz wentylator na maxa z nawiewem na szybę. Widziałem tylko ciemniejszą jezdnię i jaśniejsze pobocze. Gdy dojeżdżałem do szczytu wycieraczki wydrapały maleńką dziurkę, czyli jazda na czołgistę. Na szczęście już we wsi lód został gdzieś na boku i widziałem już dobrze, to nie musiałem się zatrzymywać.
Dziś wizyta sołtysa w sprawie opłat za śmieci i podatek. Za śmieci zapłaciliśmy za 3/4 roku. Z podatkiem wyszło dziwnie, bo okazało się, że naszej posesji nie było w wykazie. Przyczepiłem niedawno dzwonek, pan Sołtys był pierwszym który go użył, to godne odnotowania.
Wczoraj pani W. zawieźliśmy taczkę drewna, lekarstwa, bo się przeziębiła i ciepły kożuszek. Mieszka w złych warunkach, po spaleniu się domu przeniosła się do obórki.

Komentarze
Prześlij komentarz